Plan był prosty: dojechać na Bałkany, zobaczyć Unę na własne oczy i wrócić w jednym kawałku. Wszystko pomiędzy miało wydarzyć się samo – i wydarzyło się.
Dzień 1 – na południe
Pierwszy dzień to głównie kilometry: Czechy, a potem Węgry. Wieczorem dotarłem nad Balaton i rozbiłem namiot na kempingu. Zachód słońca, kolacja z kufra i kempingowy pies, który uznał, że od teraz pilnuje także mnie.
Dzień 2 – prom i Velebit
Rano przeprawa promem przez Balaton – w towarzystwie klasycznych aut, które wyglądały, jakby wracały ze zlotu. Potem wulkaniczne wzgórza północnego brzegu i długi przelot do Chorwacji.
Popołudnie należało do Velebitu: pusta droga, białe skały, zielone zbocza i zakręty, dla których się tu przyjeżdża. Dzień zamknęło zimne Ožujsko i pizza.
Dzień 3 – Bośnia i turkusowa Una
Po śniadaniu krótki odcinek do granicy i – witaj, Bośnio! Za przejściem szybko zrobiło się dziko. Una ma kolor, którego zdjęcia nie oddają do końca.
Była też lekcja pokory: szuter przypomniał, że ciężki, objuczony motocykl i luźna nawierzchnia to związek wymagający cierpliwości.
Dzień 4 – powrót
Droga do domu na jednym oddechu, z porannymi mgłami nad polami w roli nagrody za wczesną pobudkę.